• w temacie Nie radzę sobie po odejściu męża...

    W: Uczucia
    Kilka dni temu powiedziałam mężowi, że nie chcę go znać. Że już nigdy więcej nie zobaczy mnie płaczącej. I że to ja pierwsza złożę pozew, skoro on do tej pory tego nie zrobił. Że nie wybaczę mu tego, że tak mnie okłamał. Prosto w oczy mówił, że nikogo nie ma. Że moja cierpliwość się skończyła i dłużej nie będę czekać. Że mam zamiar iść do przodu i żyć własnym życiem. Po tej rozmowie (telefonicznej) przyjechał wieczorem. Pod pretekstem tego, że chce porozmawiać. Położył się na łóżku jak gdyby nigdy nic i włączył telewizor... Zapytałam o czym chce rozmawiać. Zapytał jak minęły mi święta i sylwester, jakie są moje najbliższe plany. Odpowiedziałam zdawkowo. Potem powiedział, że śniło mu się coś, co nie daje mu spokoju. A mianowicie, że się kochaliśmy. Odpowiedziałam, że to w dalszym ciągu pozostanie tylko w sferze jego snów. Wstał, powiedział "nara" i wyszedł. Następnego dnia przyjechał ponownie. Niezapowiedzianie. Przywiózł mi jakiś przyrząd do ćwiczeń, bo stwierdził, że trochę mi się przytyło po świętach i że może będę chciała z tego skorzystać. Zapytał czy może się na chwilę położyć, bo jest na nogach od 12 godzin i pada ze zmęczenia. Zapytałam czy chce coś do jedzenia. Odpowiedział, że do jedzenia nie, ale jeżeli mam coś innego do zaoferowania to chętnie skorzysta... Wyśmiałam go. Akurat szykowałam się do wyjścia, więc zaproponował, że mnie podwiezie do znajomych. Od kilku dni bolał mnie ząb. Wspomniałam mu, że muszę się wybrać do dentysty. Zapytał, czy nie zarejestrować mnie do tego gabinetu, gdzie on chodzi, czy potrzebuję pieniędzy. Powiedziałam, że nie. Że mam już umówioną wizytę dzisiaj. W ciągu dnia dzwonił i pytał jak u dentysty. Czy czegoś nie potrzebuję... Przed chwilą przyjechał, gdy brałam kąpiel. Wszedł do łazienki, usiadł obok wanny i zaczął rozmawiać jakby nigdy nic... Prawić mi komplementy. Gdy powiedziałam, że mam kanałówkę i boli mnie jak cholera a zapomniałam wykupić ketonal ubrał się i poszedł do apteki... Kupił mi jakieś słodycze na poprawę humoru... Zapytał, czy chcę, żeby został na noc... Powiedziałam, że nie. Że niech sobie idzie tam, gdzie przebywa od kilku miesięcy. Zapytał, dlaczego go tak wyganiał. Czy może sobie zaprosiłam jakiegoś gościa. Czy mam kogoś itp. Zdenerwowałam się. Powiedziałam, że to nie jego sprawa. Że nikogo nie zaprosiłam. Jestem zmęczona i idę spać. O co mu chodzi?! Zaczęłam sobie wszystko układać a on mi to burzy...
  • w temacie Nie radzę sobie po odejściu męża...

    W: Uczucia
    Felicyta9][cytat kogo=blacksad Codziennie przed snem mówię na głos "dobranoc misiu". Gdy się kąpię wołam go, bo zawsze przychodził umyć mi plecy. Nie gotuję obiadów, bo nie mam dla kogo. Nie lubię się ładnie ubierać i malować - bo niby dla kogo? Wszędzie, w każdym kącie mieszkania widzę nas..( ...)Chcę go przytulić, ale obejmuję pustą stronę łóżka.. Rano nie nakrywa mnie kołdrą, nie całuje w czółko przed wyjściem do pracy. Dlaczego muszę tak cierpieć?! Dlaczego Bóg mi go odebrał?! Był dla mnie wszystkim. Wszystkie moje plany na przyszłość i marzenia wiązały się z nim. Z nami. A teraz go nie ma... Wraz z jego odejściem straciłam całą radość życia. Wyrwał mi serce i podeptał. Umarła większa część mnie. Ja się nigdy nie pozbieram, bo kocham go całym sercem i duszą. I tęsknię. Za każdą chwilą, którą razem spędziliśmy. Czasami mam już wszystkiego dość. Chciałabym zamknąć oczy i nigdy się nie obudzić...
    blacksad Dlaczego bawisz się ludzkimi uczuciami, skłaniasz do wynurzeń. Biadolisz o jakiejś swej samotności, gdy tymczasem
    . Zawsze lubiłam jego towarzystwo. On też jest krótko po rozstaniu, też został porzucony. Dobrze się rozumiemy. Szkoda tylko, że dzieli nas różnica aż 5 lat. Niemniej jednak bardzo się cieszę, że dałam się namówić na wyjście z domu. I mam nadzieję, że już wkrótce spełnią się życzenia, które wczoraj usłyszałam - miłości i szczęścia. Musimy być silne i dzielne! Wszystkiego dobrego w Nowym Roku dziewczyny :
    Już i z tym się dobrze rozumiesz, a to niby kiedy tak się dobrze poznałaś? Sciemniasz dziewczyno i tworzysz bajki samograjk
    Znamy się od 4 lat, bo jego siostra jest moją bliską koleżanką i z tego względu często się widywaliśmy, bo on mieszka z nią i jej mężem. Tak, rozumiemy się dobrze. Co w tym dziwnego? Gdy zostawiła go dziewczyna zadzwonił do mnie, bo kto zrozumiałby go lepiej, jak nie osoba, która przeszła przez podobną sytuację? Gdzie Ty tu widzisz jakieś ściemnianie?
  • w temacie Nie radzę sobie po odejściu męża...

    W: Uczucia
    Nie była to żadna rozpacz? Czyli rozumiem, że w dalszym ciągu mam siedzieć sama w domu, wspominać każdą wspólnie spędzoną chwilę i płakać w poduszkę? Dać sobą pomiatać, wysłuchiwać obelg z jego strony i wiernie czekać, że może jeszcze wróci? Nie napisałam nigdzie, że weszłam w jakąś relację z tym facetem. Po prostu miło spędziliśmy razem czas. Czy ja nie mam już prawa do szczęścia? Użalam się - źle. Próbuję iść do przodu - źle. Jak łatwo jest kogoś oceniać. Zaraz dojdą komentarze, że jestem dz***ą. Prawdopodobnie nadal tkwiłabym w martwym punkcie, gdyby nie to, o czym się dowiedziałam. On kogoś ma! Układa sobie życie z inną kobietą. A ja mam nadal wiernie czekać? No tak. Wyszaleje się, podupczy inne na boku a potem może wróci z podkulonym ogonem. To najgorsze co może być dla kobiety - świadomość, że inna zajęła jej miejsce. I to zmieniło całkowicie mój tok myślenia. Ale nie... On jest biedny, poszkodowany i święty. Ma prawo, bo w końcu odszedł i jest wolny. A ja, jako osoba, dla której sakrament małżeństwa ma jakieś znaczenie, powinnam mu na to pozwolić. Godzić się na to i wszystko wybaczyć. Tak myślałam jeszcze kilka dni temu. Że jeżeli wróci wybaczę mu wszystko. Nie wiem jak będzie... Nie mówię tak, ani nie. Jednak na dzień dzisiejszy chcę iść do przodu. Żyć dla siebie. Odzyskać poczucie własnej wartości i szacunek do siebie, które on mi odebrał.
  • w temacie Nie radzę sobie po odejściu męża...

    W: Uczucia
    Mi Sylwester upłynął baaardzo przyjemnie :) Oczywiście nie miałam ochoty nigdzie wychodzić i najchętniej zostałabym sama w domu, bo rano zadzwoniła do mnie koleżanka z informacją, że widziała mojego męża z jakąś "odwaloną", śliczną blondyneczką. Ale na szczęście znajomi mi na to nie pozwolili. Była domówka, później wyjście na rynek i znowu powrót na domówkę :) Nie wiem jak to wyszło, pewnie alkohol zrobił swoje, ale spędziłam bardzo miły poranek ze swoim młodszym kolegą... W końcu, po kilkumiesięcznym życiu w celibacie. Było cudownie. Młody, przystojny, wie jak zadowolić kobietę. A ja potrzebowałam takiej chwili czułości. Przyjemnie było obudzić się objętą przez jego silne ramiona. I nie żałuję, a wręcz cieszę się z tego, że tak wyszło. Zawsze lubiłam jego towarzystwo. On też jest krótko po rozstaniu, też został porzucony. Dobrze się rozumiemy. Szkoda tylko, że dzieli nas różnica aż 5 lat. Niemniej jednak bardzo się cieszę, że dałam się namówić na wyjście z domu. I mam nadzieję, że już wkrótce spełnią się życzenia, które wczoraj usłyszałam - miłości i szczęścia. Musimy być silne i dzielne! Wszystkiego dobrego w Nowym Roku dziewczyny :)
  • w temacie Nie radzę sobie po odejściu męża...

    W: Uczucia
    Nie, na pewno nie to było powodem jego odejścia. Nie jestem bezpłodna. My po prostu nigdy nie staraliśmy się o dziecko. Brałam tabletki. Odstawiłam je dopiero w czerwcu. I kiedy stwierdził, że staramy się o dziecko do zbliżeń doszło tylko kilka razy. Rzadko kiedy udaje się zajść w ciążę już w pierwszym cyklu.On do końca nie był pewny tego, że chce tego dziecka. Tak jak wspomniałam - później przyznał, że chciał tym ratować związek i gdyby się udało byłby to największy błąd jaki moglibyśmy popełnić, bo byłby ze mną z uwagi na dziecko, ale by się męczył... Co do Świąt - nawet nie zadzwonił, ani nie napisał. Nie złożył mi też życzeń. Ja w przeddzień wyjazdu życzyłam mu wesołych świąt a on odparł, że jestem masochistką... Bo widzę jaki ma do mnie stosunek a pomimo tego nadal z nim rozmawiam... Życzenia wysłała mi natomiast teściowa. Życzyła mi, żebym wyzbyła się wszystkich złych wspomnień i mogła żyć dalej normalnie i szczęśliwie. Że życie nie kończy się dzisiaj, że jest jeszcze jutro i żeby było dla mnie jak najszczęśliwsze. Postanowiłam w te święta, że kończę walkę. Bo to nic nie daje. Im bardziej się staram tym bardziej on ucieka. Czas działa tylko na naszą niekorzyść, bo oddalamy się od siebie coraz bardziej. Nawet nie wiem, gdzie mąż w tej chwili przebywa. Owszem, miałam nadzieję, że być może w wigilię wydarzy się cud. Niestety, nie wydarzył się... To były najsmutniejsze święta w moim dotychczasowym życiu. Ukrywałam smutek, żeby nie sprawiać przykrości mamie i babci. Ale na samotnym spacerze popłakałam się... Wiem, że teraz muszę zadbać przede wszystkim o siebie, Na nową miłość i związek przyjdzie czas. Nadal nie tracę nadziei, ale staram się popatrzeć na to wszystko realnie. Nie kocha mnie. Powtarza to przy każdej okazji. A do uczucia nikogo nie można zmusić.
  • w temacie Nie radzę sobie po odejściu męża...

    W: Uczucia
    Tak, pracuję w tej chwili na dwa etaty. Mam wyższe wykształcenie. Moja rodzina to tylko babcia i mama. Mieszkają prawie 200km ode mnie. Tak jak wspominałam - wyjechałam z rodzinnego miasta na studia. Nadal jestem zameldowana w mieszkaniu. To on się wyprowadził. Wiem, że nie może się mnie pozbyć, ale ja sama chcę mieć względny spokój i zastanawiam się nad przeprowadzką. Dlaczego nie mieliśmy dziecka? Mąż powtarzał, że nie czuje się jeszcze gotowy na to, by być ojcem. Ja bardzo chciałam zostać mamą. Ale w końcu przestałam nalegać i czekałam, aż on poczuje się na to gotowy. O dziecko zaczęliśmy się starać w połowie czerwca - czyli na krótko przed jego odejściem. Zdziwiłam się, że tak nagle zmienił zdanie. Później powiedział, że chciał tym ratować związek. Że wtedy jeszcze wierzył, że wszystko się jakoś poukłada. I że skoro nie udało mi się zajść w ciążę to najwidoczniej tak miało być, że musieliśmy się rozstać...
  • w temacie Nie radzę sobie po odejściu męża...

    W: Uczucia
    Jak wyzbyć się nadziei, że on wróci? Bo to nie pozwala mi ruszyć do przodu... Nadzieja. Jakiś wewnętrzny głos... Nie potrafię tego wytłumaczyć. Czy ktoś z porzuconych też tak miał? Z jednej strony ból, cholerny ból, niedowierzanie, później pogodzenie się z rzeczywistością a jednak ciągle ta chora nadzieja, że to jeszcze nie koniec. Czy to przez wiarę? Czy wiara w Boga może tak wpływać na człowieka? Bo tak jak wspomniałam - staram się żyć w miarę normalnie. Pracuję całymi dniami, żeby o tym nie myśleć. Spotykam się z przyjaciółmi, czasami wychodzę do miasta. Nieraz myślę - daj sobie z nim spokój. Nie zasługujesz na niego. Znajdziesz kogoś, kto Cię doceni i pokocha. Ale zaraz potem pojawia się ten wewnętrzny głos - on wróci. To kwestia czasu. Zatęskni, zrozumie co stracił. Żyj dla siebie, pokaż mu jak wspaniałą kobietą jesteś i nie trać wiary. Może to chore... Może to podświadomość tak działa. Ale nie mogę uwolnić się od tych myśli. Ja wciąż go kocham, pomimo przykrości, które mi sprawia. Pomimo obojętności. Obecnie jestem na L4, mam zapalenie oskrzeli. Wczoraj dzwonił w ciągu dnia i mówił, że wpadnie po pracy na chwilę. Po czym po 20 zadzwonił i stwierdził, że mu się nie chce, bo jest zmęczony. Że może dzisiaj podjedzie. Nawet nie zapytał jak się czuję, czy czegoś nie potrzebuję... Dopiero w takich momentach na prawdę odczuwam samotność. Kiedy z 39 stopniową gorączką muszę wyprowadzić psa na spacer, kiedy obok nie ma nikogo, kto podałby mi chociaż szklankę wody...Nie użalam się, bo wiem, że inni maja gorzej. Ale dlaczego pomimo jego zachowania, które dosadnie wskazuje na to, że ma mnie w poszanowaniu dolnym, ja nadal go kocham? Czy nie łatwiej byłoby gdybym zaczęła go nienawidzić? Dlaczego tak trudno zapanować nad uczuciami. Dlaczego wciąż wierzę, że to wszystko się poukłada? Na początku liczyłam na to, że opamięta się w naszą 5 rocznicę ślubu. Wpadł tylko na chwilę, zjadł swojego ulubionego łososia, którego mu zrobiłam, wypił wino i wyszedł, bo był umówiony z kolegami na mieście. Przepłakałam całą noc... Teraz mam nadzieję, że święta coś zmienią... Że zatęskni, odczuje mój brak przy wigilijnym stole, że zadzwoni i powie, że kocha, że żałuje... Jeżeli nie święta, to może sylwester? Dlaczego tak myślę? Jak mam to zmienić? Trzymam się tego, że on nadal nie złożył pozwu, chociaż od 5 miesięcy słyszę, że zrobi to już w tym tygodniu. Może ma w tym jakiś cel? Nie wiem. Wolę sobie to tłumaczyć w ten sposób, że się jeszcze waha. Wszyscy mi mówią - złóż pozew pierwsza. W końcu to on odszedł, wyprowadził się i teraz jeszcze Ciebie chce usunąć z mieszkania. Nie daj się, walcz o swoje, nie daj się wykiwać. Ale ja tego nie chcę... Gdyby rozprawa miała się odbyć dzisiaj nie zgodziłabym się na rozwód. Kocham męża - tak bym powiedziała. Ale czy to by coś zmieniło? Przecież nikogo nie można zmusić do miłości... Ale ja wciąż wierzę, że on mnie kocha. Że pogubił się w tym wszystkim. Być może potrzebuje czasu, żeby dojrzeć do decyzji o powrocie. Cuda się zdarzają... Ludzie czasami godzą się podczas rozprawy rozwodowej. Wracają do siebie po latach. Ja wiem, czuję, że to jest mężczyzna mojego życia. Że tylko jego będę w stanie kochać.
  • w temacie Nie radzę sobie po odejściu męża...

    W: Uczucia
    Najlepsze rozwiązanie... Ja podchodzę do tego inaczej. Dla mnie instytucja małżeństwa to świętość. Jestem praktykującą katoliczką. Dla mnie słowa "i że Cię nie opuszczę aż do śmierci" są wiążące. Dla mnie przysięga składana przed Bogiem ma ogromną wartość. Przez 19 lat mieszkałam z dziadkami, którzy przeżyli ze sobą ponad 50 lat. Dostali nawet medale od prezydenta za długoletnie pożycie małżeńskie. Tak samo dziadkowie męża. Na ślubie życzyli nam tego samego, czego im życzyli rodzice dawno temu - miłości aż po grób. W dostatku i biedzie, w zdrowiu i chorobie, na dobre i na złe. Dlaczego w dzisiejszych czasach to nic nie znaczy? Dlaczego ludzie nie potrafią walczyć o związek? O miłość? Bo przecież to była miłość... Nikt nas nie zmuszał do ślubu, nie był on spowodowany ciążą, chęcią założenia białej sukni czy wyprawienia wystawnego wesela. Moja babcia płakała pytając męża, czy jest pewny tego, że chce ze mną być. Odpowiedział, że tak. Że jestem miłością jego życia, jego bratnią duszą i nie wyobraża sobie życia beze mnie. Dla mnie cała ta otoczka związana ze ślubem mogłaby nie istnieć. Zresztą miałam mało do powiedzenia, bo wszystkim zajęła się teściowa... Dla mnie ważny był moment, kiedy wypowiadałam z głębi serca słowa o miłości aż do śmierci. O miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej. Moment założenia obrączek. I tak chciałam przeżyć życie. Zgodnie z tym, co mu przysięgałam. Dla mnie zawsze będzie mężem. Może mną gardzić, zerwać całkowicie kontakt. Przed Bogiem to przysięgałam i przed Bogiem zawsze będziemy małżeństwem. Dlatego tak trudno mi się z tym pogodzić.... Tak trudno zrozumieć, że skasował nasze wszystkie zdjęcia na facebooku, już pierwszego dnia po odejściu zdjął obrączkę i zmienił status na "wolny". A najbardziej mnie boli myśl o nadchodzących świętach. Pierwszej wigilii od 8 lat bez niego... Zawsze pomagałam teściowej lepić uszka, nakrywać do stołu. Obmyślałam jakie komu kupić prezenty - mąż nie miał do tego głowy. Było wspólne ubieranie choinki, łamanie się opłatkiem, życzenia, śpiewanie kolęd, pasterka... Kiedy widzę zabieganych ludzi, wielką choinkę w rynku, w centrach handlowych słyszę świąteczne piosenki mam ochotę umrzeć... Tak bardzo kochałam święta. Ten piękny czas, kiedy milkną wszelkie spory. Kiedy można spędzić czas z ludźmi, których się kocha. A teraz... Nie będzie go obok. Nie ubrudzi obrusa barszczem jako jedyny i nie zakryje plamy talerzem. Mieliśmy spędzić Sylwestra na stoku. Planowaliśmy to już od roku... To właśnie w Sylwestra 8 lat temu wyznał mi miłość... W tym roku nie przytulę go już i nie powiem, że miniony rok był cudowny i życzę mu kolejnego tak samo pięknego... Łatwo jest pisać, że nie mamy dzieci więc nie ma problemu i niech każde idzie w swoją stronę. To miłe przeczytać tyle słów pocieszenia i zapewnień, że wszystko będzie dobrze. Ale każdy jest inny. Każdy inaczej przeżywa żałobę i ból po stracie ukochanej osoby. Ja go kocham. I nie wyobrażam sobie żebym mogła pokochać kiedykolwiek innego mężczyznę. Może i byłam młoda biorąc ślub, ale wiedziałam jaka to odpowiedzialność i z czym się wiąże. I to tak bardzo boli, że dla niego to były tylko puste, nic nie znaczące słowa. Że po tylu latach zapragnął innego życia. A jeszcze bardziej boli to, że ma wsparcie swojej matki. Wiadomo - mama zawsze stanie w obronie swojego dziecka. Ale małżeństwo to związek dwóch osób. I wiem, czuję to, że gdyby nie ona jeszcze wszystko by się ułożyło. Bo był czas - w październiku, kiedy mąż mówił, że potrzebuje czasu, żeby wszystko przemyśleć. Potem na krótko wprowadził się do niej i zmienił całkowicie stanowisko. Pamiętam jak wypowiadała się na temat jego ojca. Bez żadnych zahamowań. Miała pretensję, że utrzymujemy z nim kontakt. Musieliśmy ukrywać fakt, że jedziemy do niego do stolicy w odwiedziny... Nie jest dobrym człowiekiem. I wiem jak potrafi manipulować ludźmi.
  • w temacie Nie radzę sobie po odejściu męża...

    W: Uczucia
    No tak, nie wdawałam się w szczegóły... Matka mojego męża odeszła od jego ojca, gdy miał 11 lat. Poznała innego mężczyznę, zaszła z nim w ciążę i powtórnie wyszła za mąż. Pisząc "teście" mam na myśli teściową i jej drugiego męża. Bo mój prawdziwy teść mieszka w stolicy i nie utrzymujemy kontaktów. Mój mąż ponownie nawiązał kontakt z matką dopiero na studiach. W sumie trochę za moją namową. Gdy był młodszy ojciec przedstawiał mu matkę w złym świetle. Przed rozwodem wynajął detektywów, żeby zebrać dowody na to, że ma kochanka. Później pokazywał te zdjęcia mojemu mężowi (miał wówczas 11 lat). Nie chcę oceniać teściowej, bo nie wiem jak na prawdę było. I ona i teść nie mają o sobie dobrego zdania. Jedno wini drugiego. Faktem jest, że wyprowadziła się z domu pod ich nieobecność. Teść pojechał po męża, aby odebrać go z kolonii. Gdy wrócił zastał puste mieszkanie... Nie pisałam o tym, bo nie uważam, żeby ta sprawa mnie dotyczyła. Z teściową miałam bardzo dobry kontakt. Przynajmniej tak uważałam przez te wszystkie lata. Traktowałam ją jak matkę, której tak na prawdę nigdy nie miałam. Dopiero po naszym rozstaniu pokazała jaka jest na prawdę. Wcześniej dawała mi rady odnośnie małżeństwa. Potrafiła powiedzieć przy mężu, że zawsze stanie po mojej stronie. A w tydzień po jego odejściu zadzwoniła do mnie i powiedziała, żebym się ładnie ubrała, umalowała i poszła na spacer do rynku bo być może tam spotkam miłość swojego życia. Że najwidoczniej nie byliśmy sobie przeznaczeni. Powiedziała też, że nie wie jak mnie pocieszyć, bo ona nigdy nie była stroną porzuconą tylko tą, która porzuciła. I że skoro on mnie nie chce to ja powinnam nie chcieć go dwa razy. Mąż jest od niej uzależniony. Często stosowała na nim szantaż emocjonalny. Próbowała coś wymóc grożąc, że jak czegoś nie zrobi to ona przestanie wspierać go finansowo (jest prawnikiem). Ja zresztą też byłam na każde jej zawołanie. Wiem, że ma ogromny wpływ na męża. Wiem, że nie była do końca zadowolona z tego, że wybrał mnie na żonę. Wolała, żeby znalazł sobie jakąś panienkę z bogatego domu. Jest typową snobką - nie pracuje w zawodzie, bo nie musi. Jej mąż - ceniony adwokat - zarabia wystarczająco dobrze. Ona nic nie robi całymi dniami. Ma gosposię, ogrodnika. Nawet prasować jej się nie chciało - ja ją w tym wyręczałam. Całe dnie spędza na plotkach u mamusi, na zakupach albo w salonach piękności. Ubiera się tylko w MaxMarze. Jej całe życie kręci się wokół pieniędzy. Zawsze mnie obarczała winą za to, że mąż nie skończył studiów. Mówiła, że to ja powinnam go do tego motywować. Po rozstaniu napisała mi w mailu, że on teraz musi iść do przodu a ja mam się zająć swoim życiem. Zadzwoniła nawet do mojej matki i powiedziała, żeby przyjechała i zabrała mnie do domu, bo mąż ma tutaj rodzinę a ja nie mam nikogo... I że muszę się pogodzić z jego odejściem. Że ona nie ma na to żadnego wpływu.
  • w temacie Nie radzę sobie po odejściu męża...

    W: Uczucia
    Martitta Może za dużo wyrozumiałości i wolności... Ja jestem ze swoim mężczyzną od 6 lat i od 3 miesięcy wcale nie czuje że go mam bo zrobiłam się dla niego nieinteresująca woli towarzystwo wszystkich innych tylko nie mojego.Kiedy inni mi to mówili, nie słuchałam... Nawet teściowa zwracała mi uwagę, że źle postępuję pozwalając mu na wszystko. Wychodził gdzie chciał, z kim chciał i kiedy chciał. Nie kontrolowałam go. Często wyjeżdżał na kilkudniowe delegacje. Ufałam mu. Ale być może zatraciliśmy w tym wszystkim siebie, pewną intymność. Wracałam czasami z pracy a w mieszkaniu już siedzieli jego koledzy i grali w fifę. Każdy weekend - impreza z towarzystwem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio spędziliśmy czas tylko we dwoje. Nawet na wakacje jeździliśmy albo ze znajomymi albo z teściami. My nie żyliśmy jak małżeństwo tylko jak para współlokatorów.