• Szurze plemię /x/

    W: Lokalne
    Nasze Miasto wypowiedziało wojnę.
    Sprawa jest poważna. Wróg, który do tej pory czaił się w mroku, teraz bezczelnie wyrusza nawet w biały dzień na łupieżcze wyprawy. Chce się za wszelką cenę pożywić by podtrzymać swój plugawy gatunek. Szczególnie upodobał sobie miejskie śmietniki. A mnoży się tałatajstwo szybciej niż królicy na wiosnę.
    One, szczury. Jak twierdzą Znawcy szczurzych obyczajów, jedna szczurza para może wydać rocznie nawet do tysiąca młodych. Na jednego mieszkańca naszego miasta przypada 3 - 4 gryzonie. Podobno nie odbiegamy pod tym względem od innych dużych miast, w tym wielkich metropolii, ale wystarczyło, żeby mieszkańcy Starówki napisali list do prezydenta Miasta z prośbą o pomoc.
    W lecie ub. roku w okolicach Rynku pojawiły się znaki: czerwono obramowany trójkąt z wizerunkiem szczura. UWAGA, SZCZURY. Nie wiadomo do końca, kto był ich autorem, ale po jakimś czasie wydano nakaz ich usunięcia. Może odstraszają turystów, a może ludzie mają dość widoku zwierzątek na co dzień ‘w realu’.
    Niepokojone przez mieszkańców Władze Miasta zareagowały. O tym, że jesteśmy w stanie wojny za szczurami, można było dowiedzieć się z regionalnej prasy, gazetek wydawanych przez spółdzielnie mieszkaniowe i wieszanych w bramach ulotek, a administracje osiedli podejmowały temat na zebraniach mieszkańców.
    Pomyślano i ustalono, co jest głównym powodem masowego namnażania się intruzów. Mianowicie: zbyt rzadko opróżniane śmietniki, wyrzucanie odpadków, dokarmianie ptaków, nie przykryte kontenery, zagracone piwnice, dzikie wysypiska itd… itp. W sumie syf totalny, czyli nic nowego i nic odkrywczego. Szczurze plemię opanowało głównie Starówkę i okolice dworców, a to z powodu nagromadzenia w ich okolicach dużej ilości różnych barów, knajpek i restauracji, których ciągle pełne i stanowczo za rzadko opróżniane śmietniki służą gryzoniom za stołówkę. Podobnie te przy marketach. Wykładanie trutek niewiele pomaga, szczurze cwaniaki za szybko się uczą, poza tym akcja trucia odbywa się tylko dwa razy w roku.
    Potwierdzam osobiście, że parę razy zdarzyło mi się zobaczyć szczura w centrum miasta, ale nie potrafię powiedzieć, czy naprawdę mamy aż taką plagę. Podobno mamy, wierzę na słowo. Potwierdzam także niestety, że syf jest. Śmietniki, rzeczywiście nie dość, że pootwierane, to jeszcze przepełnione, ludzie rzucają odpadki byle gdzie, obok kontenerów, wiaty nieraz nie są zamknięte, wywozi się śmieci raz czy dwa w tygodniu. Gołębie: nie mam zasadzie nic do gołębi, ale dokarmiając ptaki też trzeba pomyśleć. Lokatorzy wyrzucają często całe kromki albo duże kawały podsuszonego chleba, jak gołąb ma to zjeść? Wywalają też różne odpadki, których ptaki nie jedzą . Szczur natomiast zje, wybredny nie jest. Można dokarmiać ptaki niekoniecznie pod samym śmietnikiem czy oknami.
    Tak już jest urządzone, że od zarania dziejów szczur żyje z człowiekiem w symbiozie i nic nie można na to poradzić. Stworzyliśmy im idealne warunki życia, pod naszymi miastami wybudowaliśmy drugie miasta, Szczurze Metropolie. Z siecią szczurzych ulic, ciągów komunikacyjnych, tuneli, szczurzych kwater i apartamentów, w dodatku z ogrzewaniem prosto z elektrociepłowni i z dobrym dostępem do wyżerki, w której mogą przebierać. Jakbym był szczurem, sam bym się wprowadził. Miasta, w których są metra albo podziemne dworce są szczurzym rajem. My, ludzie, a przynajmniej część z nas, tak już mamy, że brudzimy wokół siebie, a to bardzo gryzoniom odpowiada.
    Tak więc ogłoszono „mobilizację”, służby porządkowe, administracje osiedli dostały wytyczne, a obywatele mają się do nich stosować. Walczymy za szczurami. Ale jak wiadomo, żeby skutecznie walczyć z kimkolwiek, potrzeba armii. Bez tego ani rusz. A posiadamy taką armię i co z tego? Aktualnie owa armia znajduje się w rozsypce. Jak wygrać wojnę, kiedy znaczna część zdatnego do boju wojska w niewolę popadła?
    Ano tak…

  • Jestem z miasta: Białe szaleństwo

    W: Lokalne
    Co roku jest to samo. Czekamy na nią i czekamy, wypatrujemy z tęsknotą, kiedy przyjdzie. Kogo? Ano zimy, śniegu. Na zachodzie Polski klimat mamy raczej łagodny, a zimy takie jakoby śródziemnomorskie, więc śnieg pada nie tak często, czasem leży tylko parę dni. W święta zdarza się to bardzo rzadko, jeżeli pada, to najczęściej dopiero po Nowym Roku. Dlatego wszystkim marzy się Białe Boże Narodzenie. Spragnieni są białego szaleństwa.
    No i tak czasem bywa, że wreszcie się doczekamy. Jest. On, śnieg, padał całą noc. Całe kilka centymetrów. I co, ogólna radość? Ależ skąd.
    Atak zimy, miasto i nie tylko ono - sparaliżowane, służby drogowe - nieprzygotowane. Na chodnikach śliska breja, bo zaspali dozorcy, ślisko na jezdniach, bo zaspali drogowcy, poopóźniane autobusy, my spóźnieni do pracy, nieco złamanych kończyn, dłuższe korki, stłuczki. Zima to potrafi zaskoczyć, a nikt nie spodziewał się , że zimą może być zima. Jeżeli ktoś ma jeszcze wątpliwości, media właśnie potwierdzają: zima zaatakowała. A miało być tak pięknie…
    Wstajemy więc nieco wcześniej, żeby odśnieżyć samochód i oskrobać szyby albo doślizgać się na przystanek. Tylko niektórzy dozorcy bawią się w odgarnianie śniegu z chodników, najczęściej poprzestają na sypaniu w niego soli. Wtedy zamienia się w mokrą, śliską maź, od której przemakają buty. Grzęźniemy. Po jakimś czasie, jak śnieg jest już ubity, zamienia się w tzw, „szklankę”. Teraz się ślizgamy. Szaleństwo w pełni.
    No co, w sumie jest weselej, zawsze to jakieś urozmaicenie, ale nie wszyscy to doceniają: „Panie, ledwo żem doszła do tego sklepu”, „Oj, ciężko, ciężko” i tym podobnie. Zapomnieli, że jeszcze niedawno życzyli sobie, żeby wreszcie przyszła ta zima, bo po pierwsze będzie ładnie i biało, po drugie mróz wymrozi te różne wirusy i inne paskudztwa. A teraz niezadowoleni. Jak to u nas - nikomu nie dogodzisz. Na miejscu zimy obraziłbym się. Ale jest wyjątek – dzieci. Jedni z nielicznych zadowolonych z takich „ataków” obywateli.
    Śnieg w mieście, jeżeli w ogóle leży, to tylko przez parę dni jest biały, w miarę leżenia robi się coraz bardziej szary, podobnie jak maź pod nogami. „Szaleństwo” robi się szare. W centrum jest lepiej, ulice nie śliskie i jeździ się normalnie, chodniki w większości odgarnięte, tyle, że pokryte mazią w kolorze tym razem czarnym. Na poboczach zaspy gdzieniegdzie upstrzone plamami w różnych odcieniach brązu.
    Ja nie lubię takiej zimy w mieście i wcale na nią nie czekam, ale żeby nie było, że ciągle narzekam, muszę coś pochwalić. Zawsze w okresie świątecznym centrum naszego Wielkiego Miasta jest pięknie udekorowane. Warto wybrać się czasem do Rynku, jeżeli nie na zakupy, to po to, żeby sobie popatrzeć. Nawet jak śniegu nie ma, można poczuć znaną z reklam „magię świąt”.
    Warto czasem zostawić szaro - burą miejską zimę, przekopać się przez nietknięte przez pługi i piaskarki drogi i udać się gdzieś poza miasto. Najlepiej w góry, nawet jak ktoś nie jeździ na nartach. To tam jest ta prawdziwa piękna zima ze śniegiem, widokami jak z bajki, takimi, że nawet ja nie ośmielę się marudzić, dla amatorów prawdziwego białego szaleństwa i nie tylko.
    I jako, że jesteśmy w temacie Świąt oraz w świątecznym nastroju, życzę wszystkim Forumowiczom tradycyjnie Zdrowych i Wesołych Świąt, no i żebyśmy się jak najmniej kłócili.






  • Jestem z miasta: "Granice - mury, zasieki, zapory"

    W: Lokalne
    /"O tempora, o mores", czyli znowu będę truć... :))/

    Od jakiegoś czasu popularne stało się grodzenie. W naszym Mieście, podobnie pewnie jak w innych miastach, na osiedlach stawia się płoty, słupki szlabany. Na tych nowo budowanych stało się to normą. Z początku wydawało się to nieco wkurzające, szczególnie, kiedy utrudniało przechodzenie przez osiedle i sam nieraz kląłem, kiedy musiałem nadrabiać drogi z powodu czyjejś fanaberii. Od jakiegoś czasu odnoszę się do tego trendu z coraz większym zrozumieniem i akceptacją. Bo w końcu padło też i na nas, tzn na nasz blok.
    Ogrodziliśmy się i my. Nie dlatego, że nie chcemy być w tyle, ale z przyczyn, które nazywa się „wyższą koniecznością”. Otóż tereny zielone wokół naszego domu zaczęły ulegać zagładzie. W pobliżu wybudowano nowe osiedla. Zasiedlili je młodzi ludzie, w większości przed trzydziestką, po części właścicieli mieszkań, a po części wynajmujących je w kilka osób. Nazwę ich po prostu Młodymi. Młodzi uznali, że nasze zieleńce stanowią najwygodniejszy skrót na ich osiedle / wykorzystując je także jako wychodek dla psów /, wydeptując coraz to szerszą ścieżkę, roznosząc praktycznie cały nasz trawnik na butach i zamieniając go w klepisko. Jest oczywiście do dyspozycji chodnik, ale to nieco dookoła, a Młodzi niepotrzebnie męczyć się nie lubią. Czasami korzystali z niego nieliczni, głownie mamy z wózkami, ale tylko wtedy, jak pada deszcz, bo nikt nie lubi taplać się w błocie. Ze szlakiem wydeptanym przez Młodych krzyżował się inny, który wydeptała pracująca Klasa Robotnicza na trasie: budowa – pobliski sklep spożywczy.
    Resztę trawników od strony ulicy rozjeżdżała sobie w najlepsze klientela znajdujących się w pobliżu hurtowni i sklepów, zamieniając je skutecznie w błotniste grzęzawisko. Hurtownie posiadały co prawda na swoim terenie parking, ale kto by się tam fatygował z wjeżdżaniem, wyjeżdżaniem i jakimiś zabierającymi czas manewrami. Najwygodniej jest zaparkować, gdzie popadnie, na trawie czy na środku chodnika.
    W efekcie naszych interwencji wszystko dookoła ogrodzono, opalikowano, osłupkowano i okrawężnikowano. Postawiono też szlaban przy wjeździe na podwórko. A co, inne osiedla też takie mają. Dla siebie mamy bramkę zamykaną na kluczyk. Zostawiliśmy jednak Młodym nieco pola – mały skrawek trawnika, tak ok. pół metra, na którym stoi sobie kosz na śmieci. Oczywiście skorzystali. Skrót to skrót, kto by nadkładał niepotrzebnie drogi. Nie od razu te nasze „innowacje” zaakceptowano. Młodzi początkowo demonstrowali swoją frustrację kopiąc w ogrodzenie czy zapychając zamek w furtce.
    Tak to już jest z tą „naszością”. Za PRL-u nie było większego problemu, „nasze” było to, co w mieszkaniu czy na prywatnej posesji i o to się dbało. Reszta, czyli tzw. „wspólne dobro” była niczyja. Można było do woli niszczyć i paskudzić. To znaczy na szczęście nie wszyscy obywatele tak uważali. Wtedy nas jeszcze uczono, choćby w szkole, że nie należy robić pewnych rzeczy, może teraz już nie ma kto tego zrobić?
    Pamiętam z czasów komuny, jak na trawnikach umieszczano tabliczki z napisami: „Szanuj zieleń” czy „Nie deptać trawników” /co prawda, często nie skutkowało/.
    Teraz „naszość” rozszerzyła swoje granice z mieszkania na teren całego już osiedla, zwłaszcza gdy jest ogrodzone i monitorowane. O taką „naszość” dba się tym więcej, o ile więcej założono kamer monitoringu. Nie depcze się trawników, sprząta się po psach i nie zajeżdża wszystkiego samochodami. Takie rzeczy robi się na tym, co nie jest nasze, czyli na innych posesjach, a zwłaszcza tam, gdzie kamer nie ma. Z drugiej strony od ulicy został nam nie ogrodzony kawałek trawnika, nazywany „psią sr*lnią” , czyli wychodek dla psów z pobliskich osiedli. No i przymierzamy się do postawienia kolejnego ogrodzenia.
  • Jestem z miasta: W kupie siła?

    W: Hydepark
    Niby coś drgnęło… Z pozoru jest nieco lepiej… ale jeszcze dużo brakuje.
    Nie będzie o „dobrej zmianie”. Będzie o kupie, a konkretnie o kupie w Wielkim Mieście. Tą na wsi zajmować się nie będę
    Kupa towarzyszy człowiekowi i wszelkiemu stworzeniu od początku świata, więc jest czymś naturalnym. W Wielkim Mieście także. Tylko, że ludzie ukrywają swoje kupy przed oczami innych i traktują je jako coś wysoce nieestetycznego, a nawet mówią o nich niechętnie. Inaczej jest z kupą psią. Oooo… te kupy uznano za warte pokazania, a nawet polubienia. To zupełnie coś innego.
    Jako, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka i zwierzęciem - można rzec, że kultowym - psów ciągle przybywa. Tego, co zostawiają także. I nie czepiam się psów; wiadomo, stworzenie jak musi to musi, bo co ma zrobić. Nie jego wina. Z satysfakcją zauważyłem, przez ostatnie lata sytuacja się poprawiła, tu akurat widać „dobrą zmianę” .Coraz więcej osób sprząta po swoich zwierzątkach i wielki szacun dla nich. Nie chodzi mi już nawet o tych, którzy wypuszczają psy na trawnik, chociaż w niektórych rejonach Wielkiego Miasta, często przy blokowiskach, trawniki dosłownie zasłane są psim gnojem, który leży sobie nieraz w kilkunastocentymetrowych odstępach. Ale w lecie, w trawie nic nie widać, więc dobre i to.
    Czepiam się i zawsze będę się czepiać tych chamów i flejtuchów, którzy pozwalają psom załatwiać się na chodniki. A już zwłaszcza wku****ące jest to zimą, kiedy zafajdane są wąskie odgarnięte ze śniegu i posypane piaskiem przez dozorców przejścia.
    Mimo zauważalnych postępów w dziedzinie sprzątania, ciągle jeszcze jestem zmuszony poruszać się po chodnikach slalomem, odruchowo już patrząc pod nogi. Kupa podczas deszczu lub rozniesiona na butach zwiększa swoją powierzchnię i trzeba bardziej uważać, więc uważam. Jakoś tak nie lubię wracać do domu z gnojem na butach, ale widocznie niektórym to nie przeszkadza a być może to lubią. Albo wręcz kochają. Może to, że nie sprzątają, nie wynika z lenistwa i nie jest to chamstwo pospolite, tylko chcą się podzielić z bliźnimi tym, co lubią najbardziej. Możliwe, że kupa ma symbolizować odwieczną przyjaźń człowieka ze zwierzęciem. Czy wychodzą jakieś atawizmy, może to też rzecz wychowania, kultury, czy raczej jej braku. Stara świecka tradycja?
    Co roku zimą, szczególnie jak spadnie śnieg, zaczyna się Akcja Dekorowania Miasta. A śniegu u nas nie pada zbyt wiele, więc trzeba wykorzystać, co się da. Ozdabiane są trawniki, chodniki, zaspy. Wszystko w subtelnych odcieniach brązu, czasem żółci. Brąz dobrze prezentuje się na białym. Wiadomo, dziewczyny lubią brąz. A słońce o tym wie. Gdy wiosną przygrzeje i śnieg spłynie, wszystko wygląda nadzwyczaj pociągająco, a wokół rozchodzi się charakterystyczny zapach, bynajmniej nie fiołkowy. Tak sobie myślę – może do tej akcji włączyliby się także właściciele kotów i królików. Ornament z króliczych bobków ułożony na śniegu wyglądałby bardzo efektownie.
    Pewien tutejszy raper wykorzystał temat tworząc dwa Pomniki Psiej Kupy i umieszczając je w centrum miasta, natomiast psie odchody w jednym z miejskich parków posłużyły mu do stworzenia oryginalnych „kulinarnych” kompozycji. Wygląda na to, że nawet z g***a można tworzyć sztukę. Sztukę miejską. Ta sztuka miała pewien podtekst, ale nie wiem, czy „publiczność” załapała, o co chodzi.
    Czy można coś na to wszystko poradzić i przyhamować nieco artystyczne zapędy właścicieli psów? Można liczyć na coraz mniejsze tzw. przyzwolenie społeczne, czasem na czujne oko Straży Miejskiej, która patroluje centrum i nawet niektóre blokowiska. Ale tam, gdzie wzrok Straży nie sięga, na chodnikach ciągle leży psi gnój, często zostawiany wieczorami, gdy już jest ciemno. Wypada więc dalej chodzić slalomem. Trudno, sr** pies.


    .



  • Jestem z miasta: "Dzień świra"

    W: Hydepark
    Ten świr to ja.
    Nie żeby zaraz tak, jak Adaś Miauczyński, jakieś obsesje czy odliczanie do siedmiu. Nic z tych rzeczy. Od pewnego czasu, szczególnie ostatnio, regularnie zbiera mi się na trucie. Kiedy notorycznie zaczyna nam coś przeszkadzać, denerwować albo wręcz wq**wiać, to znaczy, że powoli wchodzimy w „wiek średni”. A kiedy dzieje się to zbyt często i w dodatku zaczynamy narzekać na „czasy i obyczaje”, to nie jest dobrze. To oznaka postępującego i nieuchronnego p*rdz**lenia. Moje narzekanie bierze się m.in. właśnie stąd, więc mam nadzieję, że mi wybaczycie :) Jeżeli ktoś tego nie lubi, proszę, niech dalej nie czyta. :)
    Czuję, że zaczyna denerwować mnie coraz więcej rzeczy, takich na co dzień, zaczynam powoli nie rozumieć rzeczywistości /i chyba vice versa/, więc być może staję się Miauczyńskim.
    Chyba każdy oglądał „Dzień świra”. Nie jest to wbrew temu, jak o nim opisano, film o fatalnej kondycji polskiej inteligencji. To może też, ale przede wszystkim jest on o codziennych „przyjemnościach” życia w Wielkim Mieście. O kulturze, a może jej braku. I na tym się skupiłem.
    Mam nieprzyjemność od urodzenia mieszkać w kilkusettysięcznym mieście, które awansowało jakiś czas temu na Europejską Stolicę Kultury, Były koncerty, wystawy, festiwale, imprezy. Szał ciał i uprzęży. Tyle, że ta Wielka Kultura ma nieraz niewiele /albo wcale/ wspólnego z tą, z którą stykamy się na co dzień. A to już nie taki szał. Wręcz przeciwnie. Między miastem, w którym mieszka Adaś i moim jest wiele podobieństw. Podaję tylko wybrane przykłady, bo żeby odnieść się do wszystkiego, trzeba by napisać powieść. :)) Na przykład to:

    „Czy panowie muszą tak nap**rd*lać od bladego świtu?”
    Widocznie muszą. Zauważyłem, że to, co najgłośniejsze wykonuje się bardzo wcześnie rano. Na pobliskiej budowie życie zaczynało się ok. 5.30. Najpierw pobudka w postaci walenia przez kilka minut w jakieś blachy, czasem kilkunastominutowa dyskoteka, jakby ktoś przypadkiem nie usłyszał tego pierwszego. Poza tym od świtu - różne roboty drogowe, wykopy, wiercenie dziur, młot pneumatyczny. W sobotę - siódma rano: przycinanie żywopłotów, gałęzi, koszenie trawy i inne czynności wykonywane przez służby miejskie, a potem, tak ok. 9-tej rano zwykle zapadała CISZA. Skończyli. Nawet budowa mniej hałasowała. Zmęczyli się?
    Po południu po pracy , kiedy wreszcie przebrniemy przez korki i inne tego typu rozrywki, chcemy sobie odpocząć. Nie, żeby od razu pisać wiersz, jak Adaś, nie każdy potrafi.

    „Pośród ogrodu siedzi ta królewska para…”.
    I tak jak w u Adasia, w naszym „ogródku” długo tak sobie nie posiedzi. :))
    „WRRRRR!!”.... Sąsiad z drugiej bramy, wiertarka. ‘ŁUBUDU!!’... ’BUM BUM BUM!’ … sąsiedzi z drugiego piętra, remont mają, drugi miesiąc zresztą. Jakiś warkot z zewnątrz , tak od 20 minut: pod oknami samochód z włączonym silnikiem. Wieczór: z prawej sąsiadka szczęka garnkami, z lewej ktoś się kłóci, a może tylko rozmawia przez telefon. Pode mną ryczy telewizor, starsza pani, głucha, ‘trudno’ się mówi. Około północy: zza ścian dobiega trzaskanie szafkami, jakiś rechot; z naprzeciwka ktoś drze japę na balkonie. Jeden, drugi. Młodzi Bogowie z nowego osiedla postanowili się zabawić. Inny „szybki i wściekły” szaleje na motorze. Po północy: głośne terkotanie, sąsiedzi włączyli pralkę, to wirówka. ‘Puk puk puk’… za ścianą : inna Młoda Bogini wróciła do domu i chodzi sobie na obcasach. Czasem jakaś impreza do rana, albo tylko do trzeciej w nocy. Środek nocy: pod oknami rozmawiają na cały głos wracający z miasta na swoje osiedle jeszcze inni Młodzi. Druga w nocy: głośny narastający ryk gdzieś z zewnątrz. W.T.F.? Spoko, to czyszczą ulice. :)
  • Nowa kategoria potrzebna...

    W: Hydepark
    Tak sobie myślę, czytając dzisiejsze tematy: czy nie przydało by się dodać tutaj jeszcze jedną kategorię? "Plotki, pomówienia, insynuacje". Dla stałych bywalców, a może i "goście" skorzystają.
    Może napisać w tej sprawie do admina?
  • Zmiany na forum

    W: Do Admina
    Forum przed zmianami było jaśniejsze i bardziej czytelne. To nie jest "dobra zmiana". :) Jestem za przywróceniem poprzedniej wersji, z cytatami, wygodniejszej dla forumowiczów. Poza tym jeżeli można dodawać plusy, powinno być można dodać też minusy, które są wyrazem dezaprobaty. Najlepiej, żeby jednemu głosowi odpowiadał jeden plus czy minus, tak jak gdzie indziej na portalu, w związku z tym jestem za likwidacją poziomów.
  • Rockowe/bluesowe ballady

    W: Hydepark
    Lubicie ballady rockowe? Wolne, nastrojowe utwory, niektóre opowiadające o miłości, niektóre smutne. Wiele z nich weszło na stałe do kanonu muzyki rockowej.
    Na początek trzy 'klasyki":
    Emerson , Lake and Palmer - "Ces't La Vie", wspaniały głos niedawno zmarłego Grega Lake'a.


    Cat Stevens - "Lady D"Arbanville" . Smutna piosenka dedykowana swojej byłej dziewczynie Patti. Oryginalna zemsta, przez "uśmiercenie" w piosence :) Ale tym sposobem będzie pewnie żyła wiecznie :)


    Moody Blues - "Nights in White Satin", utwór - wizytówka, chyba wszyscy to znają...



  • Kic, kic, kic czyli granice wszechświata

    W: Hydepark
    W połowie XIX wieku biali osadnicy sprowadzili sobie do Australii króliki, niedużo, bo w liczbie dwudziestu kilku sztuk. Na początku wszystko było OK, ale wkrótce już tak wesoło nie było. Warunki życia w nowym miejscu bardzo nowym mieszkańcom odpowiadały. Króliki - wiadomo – mnożą się jak króliki, więc robiło się ich coraz więcej i więcej. Królicze towarzystwo zaczęło się szybko rozbiegać i zajmować coraz to nowe tereny, wyżerając przy okazji wszelaką roślinność, w tym trawę przeznaczoną dla owiec, przerabiając wszystko na królicze bobki oraz przekopując wszystko, co się da. Królik pomimo, że puszysty i z pozoru nieszkodliwy, wyposażony jest w groźną broń – zęby. Wkrótce zajęczaki kicały sobie tu i tam bez żadnej kontroli - to kic w prawo, to kic w lewo, kilka przepadło w buszu, kilkanaście innych w eukaliptusowym lesie, jeszcze inne zniknęły za pagórkiem, kilka poszło sobie gdzieś w pole. Sytuacja wymknęła się farmerom spod kontroli, a w pyszczkach zwierzątek szybko znikała pasza dla ich owiec. Króliki mnożyły się w najlepsze zajmując coraz nowe tereny i zakróliczając coraz to nowe połacie kontynentu. Potrzebowały coraz więcej terenu i pożywienia, więc ilość króliczych kolonii rosła. Powstawały coraz to nowe i nowe królicze osiedla, miasta, mecze… /stop!... bez przesady.… Farmerzy zabrali się więc do obrony mienia swego oraz jedzenia dla swoich owiec, niestety – dotychczas zastosowane przez nich metody okazały się nieskuteczne. Kicający problem stawał się coraz bardziej palący. Żeby chociaż częściowo powstrzymać króliki zaczęto stawiać ogrodzenia. Wybudowano długi płot o długości ponad 3 tysięcy kilometrów, który okazał się być nadzwyczaj skuteczny. Chociaż zwierzątka próbowały sforsować barykadę, zapobiegł on zakróliczeniu dalszej części Australii. W końcu, choć z trudem, poradzono sobie jako tako z króliczym najazdem. Podobno Australijczykom do tej pory pozostała trauma i do dzisiaj niektórzy z nich reagują odruchem wymiotnym na widok królika /z wielkanocnym włącznie/.
    …………………………….
    Dużo wcześniej przed króliczą inwazją na Australię, do wybrzeży Ameryki dotarła wyprawa Krzysztofa Kolumba . Nieco później po tym zdarzeniu do brzegów dzisiejszych Stanów Zjednoczonych przybił statek „Mayflower”. Przywiózł on angielskich kolonistów. Na początku wszystko było OK, a tubylcom i przybyszom udało się nawiązać przyjazne stosunki, ale wkrótce statków i osadników przybywało coraz więcej i więcej…
    ………………………………
    Historia lubi się powtarzać.
    Albert Einstein powiedział, że tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat oraz ludzka głupota, chociaż nie jest pewien co do pierwszego. Jeżeli więc tylko głupota nie ma granic, a wszechświat jest ograniczony, głupota jest kiedyś gotowa nie zmieścić się w granicach wszechświata. Czy będziemy w stanie owe granice nieco poszerzyć?
    Historia i głupota zataczają kolejne koło…
    ……………………………….
    (Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń … itd…..bla bla bla…).
  • O pracy w niedziele /takie sobie rozważania.../.

    W: Hydepark

    Przyznam się, że uczucia mam mieszane. Pomijam „wątek religijny” w tej sprawie, bo wiadomo, że nie ma przymusu chodzenia do kościoła, więc wywlekanie tego rodzaju argumentów tym jest bez sensu. Pada następny argument – nikt nikogo nie zmusza do pracy w handlu. Racja, ale nie do końca. Czasem supermarket jest dla kogoś jedynym dostępnym miejscem pracy i musi się z konieczności podporządkować, bo jak się nie podoba - „noga, d…a, brama. Zatrudni się osoby z „biegłym ukraińskim w mowie i piśmie.” Właściwie to chyba najpierw powinni się wypowiedzieć sami zainteresowani, czyli pracownicy sieci: co o tym sądzą i czy rzeczywiście praca w niedziele tak im przeszkadza /w teorii, bo praktyce raczej nikt się o to pracowników pytał nie będzie, a powinien/. Bo w założeniu nie chodziło ani o ten aspekt religijny czy narzucanie Polakom tego jak i gdzie mają spędzać swój wolny czas, tylko podobno o „zrobienie dobrze” pracownikom i "połączenie rodziny". Pracownicy handlu dostają dzień wolny za niedzielę, ale kiedy cała rodzina ma wolne, można gdzieś wspólnie wyskoczyć.

    Mam tą nieprzyjemność mieszkać w Wielkim Mieście, marketów u nas jak nasr… …no, dużo, więc często tam bywam. Zauważyłem, że szczyt zakupowego obłędu przypada na soboty i w związku z tym staram się tego unikać. Robimy zakupy w piątki po południu. W niedziele zaglądam tylko czasem /z naciskiem na "czasem"/ - jest zdecydowanie mniej ludzi i w większości nie robią ogromnych zakupów; takie tam parę rzeczy, bo nieraz się coś zapomni. W związku z powyższym wydaje mi się, że niedzielny handel w marketach można by od biedy sobie darować Jest jeszcze sprawa wielkich galerii handlowych, które faktycznie służą teraz jako centra rozrywki, gdzie chodzi się z całymi rodzinami i nawet jak się nie kupuje, to się ogląda. W bezpośredniej bliskości naszego Wielkiego Miasta, już na terenie sąsiedniej gminy, znajduje się ogromne centrum handlowe, w zasadzie całe miasteczko, do którego, głównie w weekendy, walą tłumy i zostawiają tam kasę. Wygląda na to, że jest to ulubiona rozrywka mieszkańców Wielkiego Miasta. Nie jadą w plener, tylko tam. No i co – zamknąć coś takiego i zabrać ludziom rozrywkę? Nie wiem, co wtedy ludzie by robili i czy pojechali by gdzieś na łono natury, ale może gdyby nie spędzali czasu w galeriach, udaliby się np. do Rynku, gdzie jest dużo kafejek, pubów i barów. Mogliby też pójść z rodzinami pracownicy marketów. I tu nastąpiłby transfer gotówki z wielkich sieci do kieszeni drobnych przedsiębiorców i chyba nie ma w tym nic złego.
    Wszystkim wypoczynek się należy, nie ma przymusu pracy w handlu tak jak nie ma przymusu robienia zakupów w niedziele. W niektórych krajach zachodnich obowiązuje zakaz lub ograniczenie niedzielnej pracy. U nas straszą redukcją zatrudnienia i bezrobociem . Chyba bez przesady, Polacy i tak są jednym z najwięcej i najdłużej pracujących narodów w Europie. Może by dołożyć pracownikom po godzinie w tygodniu i wykorzystać ich np. na kasach. Przeciętnie w markecie – na pięć kas czynna jest jedna. Niepotrzebnie stoimy w kolejkach.
    Przepraszam za chaotyczność wypowiedzi. Jak mówiłem, uczucia mam mieszane.